Radny upomniał wójta i sekretarza. W odpowiedzi usłyszał: „Niech się pan nie wymądrza”
Zaczęło się od lampy, pasów na jezdni, lustra przy wyjeździe i drzewa przy szkole. Radny Łukasz Serafin chciał wiedzieć, dlaczego część zgłaszanych przez mieszkańców spraw ciągnie się miesiącami i kiedy zostaną załatwione. Gdy przypomniał wójtowi i sekretarzowi, że urząd pracuje dla mieszkańców, Jan Lisiewski odpowiedział: „Nie wypada wójta pouczać” i „nie upoważnia pana to do tego, żeby się wymądrzać”. Do sporu włączyła się przewodnicząca Joanna Garlicka. Wójt Dariusz Tymiński próbował go zakończyć: „Daliście sobie po ciosie. Wystarczy”.
Łukasz Serafin nie zaczynał swojej wypowiedzi od polityki. Wyliczał sprawy, które trafiają do niego od mieszkańców i, jego zdaniem, zbyt długo czekają na rozwiązanie. Pierwsza dotyczyła lampy przy terenie dawnej mleczarni. Światło działa, ale – jak mówił radny – przesłaniają je krzewy. Serafin chciał wiedzieć, kto powinien je usunąć: gmina czy właściciel prywatnej posesji. Potem przeszedł do wcześniejszych interpelacji.
„CZY ZA ROK, CZY ZA DWA?”
Radny przypomniał o przejściu dla pieszych na osiedlu, gdzie oznakowanie poziome praktycznie zniknęło. Zwracał uwagę, że odpowiedź urzędu mówi o wykonaniu prac, ale nie wskazuje terminu.
- Niektóre odpowiedzi mnie nie satysfakcjonują, bo nie wiadomo, kiedy to będzie zrobione. Czy za rok, czy za dwa - mówił.
Prosił, aby przy takich sprawach urząd odpowiadał precyzyjniej: czy zadanie zostanie wykonane jeszcze w tym roku, czy trzeba będzie na nie czekać dłużej.
Następnie przypomniał o lustrze przy wyjeździe z posesji przy ul. Niepodległości. Według radnego temat pojawił się około półtora roku wcześniej, a odpowiedź sprowadzała się do informacji, że pismo zostało skierowane do zarządcy drogi.
Serafin przywołał także przykład innego mieszkańca, który jak mówił od dwóch lat czeka na rozwiązanie sprawy jednej lampy.
– Takie sprawy, może zabrzmi to kolokwialnie, ale błahostkowe, można by było załatwić w ciągu roku, w ciągu pół roku – przekonywał.
„NIE CZEKAJMY DO TRAGEDII”
Najpoważniejszy wątek dotyczył drzewa przy szkole. Z odpowiedzi urzędu miało wynikać, że gmina czeka na pismo ze starostwa. Serafin zwracał uwagę, że zbliża się jesień, później śnieg i silny wiatr, a drzewo znajduje się przy placówce, z której korzystają dzieci.
– Nie czekajmy do tragedii. To jest koło placówki szkoły. To jest sprawa naprawdę poważna – mówił.
I dopiero wtedy padły słowa, które zmieniły przebieg dyskusji.
– Drodzy państwo, musicie wiedzieć, panie wójcie, panie sekretarzu, że wy nie robicie czegoś dla radnych, tylko dla mieszkańców. A my jesteśmy po to, żeby trzymać puls nad tym, żeby to zrobić – powiedział Serafin.
Co istotne, radny zakończył wystąpienie nie krytyką, lecz podziękowaniami za organizację dożynek. Chwalił pracowników, sołectwa i koła gospodyń wiejskich za przygotowanie wydarzenia.
Po nim głos zabrał sekretarz gminy Jan Lisiewski.
„NIE WYPADA WÓJTA POUCZAĆ”
Lisiewski najpierw odpowiedział na zarzut dotyczący interpelacji. Wyjaśniał, że urząd wskazuje konkretny termin wtedy, gdy może go określić. Jeżeli nie jest to możliwe, informuje o podjętych działaniach.
– Jeżeli można sprecyzować jakiś termin, to piszemy, że będzie zrobione to w przyszłym tygodniu. Natomiast samo zapewnienie, że podjęte są działania, powinno też wnosić jakąś wiedzę do pańskiego zasobu – mówił.
Potem ton wypowiedzi się zmienił. Sekretarz odniósł się już nie do lampy, pasów czy lustra, lecz do sposobu, w jaki radny zwrócił się do wójta i urzędu.
– Panie radny, nie wypada wójta pouczać, po co tutaj jest. Proszę liczyć się ze słowami, proszę ważyć te słowa – powiedział Lisiewski.
Po chwili poszedł dalej.
– To, że jest pan osobą w składzie Rady Gminy, nie upoważnia pana do tego, żeby się wymądrzać. Proszę zwrócić na to uwagę. Wielokrotnie udowodnił pan, że daleko jest panu do umiejętności właściwego zachowania – mówił sekretarz.
To właśnie ten fragment stał się najmocniejszym momentem sesji.
DOSTAŁO SIĘ TAKŻE PRZEWODNICZĄCEJ
Lisiewski skierował uwagę również w stronę Joanny Garlickiej. Stwierdził, że nie można liczyć na to, iż osoba prowadząca obrady „zapanuje nad sytuacją”, a podobne wymiany zdań jego zdaniem obniżają poziom sesji.
– Wielokrotnie się to już powtarzało. Uważam, że jest to sprawa mało sympatyczna, mało przyjemna, a przede wszystkim obniżająca poziom naszych obrad – mówił.
Przewodnicząca nie pozostawiła tej uwagi bez odpowiedzi.
– Myślę, że chyba zabolała pana sekretarza ta krytyka – stwierdziła Joanna Garlicka.
Podkreśliła, że radny ma prawo zabrać głos i dokończyć wypowiedź.
– Żyjemy w państwie demokratycznym i o ile nikomu nikt nie robi jakichś uwag nieprzyjemnych, to uważam, że ma prawo się wypowiedzieć do końca. Panie sekretarzu, panu też dałam to uprawnienie – odpowiedziała.
Sekretarz ponownie zabrał głos.
„WIEMY TROCHĘ WIĘCEJ OD PANA”
Lisiewski wyjaśniał, że jego sprzeciw nie dotyczy samych interpelacji, lecz słów radnego przypominających władzom, po co pełnią swoje funkcje.
– Panie radny, doskonale wiemy, po co jesteśmy. Mamy dużo większe doświadczenie w tych sprawach niż pan – powiedział.
Po chwili dodał:
– Jesteśmy osobami z dużym doświadczeniem samorządowym i naprawdę trochę więcej na ten temat wiemy od pana. Chciałbym, żeby pan więcej zaangażowania wkładał w istotne rzeczy, a nie w kwestie przywoływania do porządku osób, które tak naprawdę nie wymagają tego.
Spór przesunął się więc daleko od punktu, od którego się zaczął. Nie dotyczył już terminów wykonania prac, lecz tego, kto ma prawo kogo pouczać i jakie doświadczenie daje do tego mandat.
WÓJT: „JEST 1:1”
Do wymiany zdań włączył się wójt Dariusz Tymiński. Nie rozwijał konfliktu. Najpierw odniósł się do uwagi Serafina o służbie mieszkańcom.
– Dziękuję za to przypomnienie, że mam służyć społeczeństwu, panie radny – powiedział.
Potem próbował zamknąć temat.
– Myślę, że między sekretarzem jest 1:1. Daliście sobie po ciosie. Wystarczy już, myślę, panie radny, tej dyskusji.
To nie był jednak jeszcze koniec. Joanna Garlicka ponownie odniosła się do zarzutu sekretarza dotyczącego sposobu prowadzenia przez nią obrad.
– Czuję się wciągnięta trochę w tę dyskusję, bo tak naprawdę pan radny odnosi się do kompetencji wójta. Przypominam, że jestem przewodniczącą rady i pan sekretarz w tej chwili zarzuca mi, że niekompetentnie prowadzę obrady – mówiła.
I zakończyła:
– Myślę, że trochę nie na miejscu te komentarze i nie jest tu ani czas, ani miejsce na takie dyskusje. Po prostu trzeba się wziąć do pracy.
ZACZĘŁO SIĘ OD CZTERECH KONKRETNYCH SPRAW
Cała wymiana trwała kilka minut. Jej początek był jednak znacznie bardziej przyziemny niż finał. Radny pytał o lampę, przejście dla pieszych, lustro oraz drzewo przy szkole. Chciał też, aby urząd podawał w odpowiedziach na interpelacje konkretne terminy, gdy jest to możliwe.
Sekretarz odpowiedział, że gmina robi to w takim zakresie, w jakim pozwala sytuacja. Najostrzejsza część sporu zaczęła się dopiero wtedy, gdy Serafin przypomniał, że urząd wykonuje zadania dla mieszkańców, a rolą radnych jest patrzeć władzom na ręce. I właśnie to zdanie wywołało więcej emocji niż wszystkie wcześniejsze pytania o sprawy mieszkańców.
Po kilku minutach dyskusję przerwano. Pytanie o kulturę obrad zostało więc rozstrzygnięte przynajmniej na ten moment. Pytania o terminy załatwienia lampy, pasów, lustra i drzewa pozostały jednak tymi, od których wszystko się zaczęło.
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

