Ponad pół wieku w jednej szkole. Mariusz Dobrzyński: „Przyszedł czas, żeby zrobić miejsce innym”
Gdy w 1972 roku pierwszy raz przekraczał próg szkoły w Jedwabnie, był jej uczniem. Potem wrócił jako nauczyciel techniki, uczył geografii, został wicedyrektorem, a następnie dyrektorem. W sumie z tą samą szkołą związany jest, z przerwą na liceum i studia, od ponad pół wieku. Zawodowo przepracował 40 lat, z czego 31 na stanowiskach kierowniczych. W lutym 2027 roku Mariusz Dobrzyński zamknie ten rozdział. Nie dlatego, że szkołę przestał lubić. Powód jest bardziej osobisty: chce mieć czas dla mamy, która od trzech lat wymaga opieki. Rozmawiamy o uczniach z czasów bez komputerów, pierwszych pecetach w Jedwabnie, rodzicach, którzy dziś oczekują od szkoły więcej niż kiedyś, oraz o liczbie dzieci, która z ponad 600 spadła do 235. I o pytaniu znacznie większym niż jedna emerytura: co stanie się z małymi szkołami, jeśli co roku będzie w nich ubywać kolejnych uczniów?
Panie dyrektorze, co się stało? Czterdzieści lat pracy i nagle decyzja: wystarczy?
„Nagle” to chyba nie jest właściwe słowo. Czterdzieści lat pracy już minęło. W tym 31 lat na stanowiskach kierowniczych – prawie 13 jako wicedyrektor i 18 jako dyrektor. Ile można? [śmiech] Przychodzi taki moment, kiedy trzeba powiedzieć: teraz niech przyjdą nowe siły, niech mają swoje pomysły, niech prowadzą tę szkołę dalej.
Nie uciekam też jutro. Do lutego jeszcze trochę czasu zostało.
Tylko że w pana przypadku trudno powiedzieć: „40 lat w szkole”. Bo pan jest z tą szkołą związany znacznie dłużej.
To prawda. Jestem również absolwentem tej szkoły. Przyszedłem tutaj jako uczeń w 1972 roku. Oczywiście była przerwa na liceum, później studia, ale jeżeli spojrzeć na całość, to z tym miejscem jestem związany ponad 50 lat.
Czyli zna pan tę szkołę właściwie z każdej strony: ławki ucznia, biurka nauczyciela i gabinetu dyrektora.
Tak można powiedzieć. Zaczynałem zawodowo w 1986 roku jako nauczyciel techniki. Później ukończyłem geografię w Toruniu i praktycznie od 1991 roku uczyłem geografii. W 1995 roku zostałem wicedyrektorem, a od 2008 roku jestem dyrektorem.
To jest kawał życia.
I kawał historii polskiej szkoły. Gdy zaczynał pan pracę, nie było internetu, smartfonów, sztucznej inteligencji. Co przez te cztery dekady zmieniło się najbardziej?
Najprościej powiedzieć: wszystko się zmieniało cały czas. Kiedy przyszedłem do pracy w 1986 roku, trwały zmiany w oświacie. Teraz odchodzę - i znowu mamy zmiany. Mam czasem wrażenie, że przez te czterdzieści lat reforma właściwie się nie skończyła. Jedna przechodziła w drugą.
Zmieniły się też dzieci. Nie chcę ich oceniać w kategoriach: lepsze, gorsze, mądrzejsze czy trudniejsze. Są po prostu inne. Mają inne zainteresowania, inny styl życia, inne źródła wiedzy. Dziecko z 1986 roku żyło w zupełnie innym świecie niż uczeń, który przychodzi do szkoły dzisiaj.
Technologia zrobiła największą różnicę?
Na pewno jedną z największych. Dla mnie przełomem było pojawienie się komputerów. I tu akurat Jedwabno ma ciekawy fragment historii. Nasza szkoła znalazła się chyba wśród pierwszych czterech szkół w województwie, które dostały komputery. Wtedy nie było jeszcze studiów przygotowujących nauczycieli do pracy z nimi. Jeździłem z koleżanką na kursy. Uczyliśmy się, jak korzystać z tego sprzętu i jak prowadzić zajęcia.
Dzisiaj rozmawiamy już o sztucznej inteligencji. Jeżeli spojrzy pan na te dwa punkty – pierwsze szkolne komputery i AI – to widać, jaką drogę przeszła szkoła.
Czy technologia ułatwiła nauczycielowi pracę?
Ułatwiła wiele rzeczy, ale nie powiedziałbym, że sam zawód stał się przez to łatwiejszy. Wręcz przeciwnie. Oczekiwania wobec nauczyciela są dzisiaj większe. Oczekiwania rodziców również się zmieniły. Kiedyś nauczyciel skupiał się przede wszystkim na tym, żeby przygotować lekcję, zainteresować ucznia, przekazać mu wiedzę. Oczywiście to nadal jest fundament, tylko wokół tego pojawiło się znacznie więcej obowiązków.
Czyli nauczyciel dzisiaj mniej uczy, a więcej dokumentuje, rozmawia, wyjaśnia?
Nie powiedziałbym, że mniej uczy, ale tej całej „papierologii” wokół szkoły jest zdecydowanie więcej. Zmieniły się też relacje z rodzicami. Dawniej była wywiadówka. Rodzice przyszli, porozmawiali z nauczycielem, usłyszeli pochwały, czasem uwagi, powiedzieli swoje i na tym często sprawa się kończyła. Dzisiaj kontakt jest znacznie bardziej intensywny, a oczekiwania są inne. Rozmowy z rodzicami także bywają trudniejsze. Z tej perspektywy uważam, że praca nauczyciela jest dziś cięższa niż 20 czy 25 lat temu.
Mimo tego nie słyszę u pana rozgoryczenia.
Bo nie jestem rozgoryczony. Nie narzekam, że wybrałem ten zawód. Oczywiście dzisiaj młody człowiek ma inne możliwości niż ja czterdzieści lat temu. Być może, stojąc teraz przed wyborem, zastanawiałbym się również nad innymi drogami. Ale wtedy wybrałem szkołę i zostałem w niej cztery dekady. To chyba najlepszy dowód, że wybór nie był zły.
Poleciłby pan dziś młodemu człowiekowi: „zostań nauczycielem”?
Nie powiedziałbym: „to jest superpraca, idź koniecznie”. Byłoby to zbyt proste. To zawód wymagający. Trzeba lubić pracę z młodymi ludźmi, umieć z nimi rozmawiać, ale też radzić sobie z oczekiwaniami rodziców, dokumentacją, zmianami przepisów. Jeśli ktoś ma do tego predyspozycje, może znaleźć w tej pracy dużo satysfakcji. Ale trzeba wiedzieć, na co się człowiek decyduje.
Przez 40 lat musiał pan widzieć sytuacje, po których człowiek myśli: „tego jeszcze w szkole nie było”. Jest jedna historia, którą szczególnie pan pamięta?
Jakiegoś jednego wydarzenia, które przewróciłoby moje myślenie o szkole do góry nogami, nie mam. Bardziej pamięta się kolejne etapy. I właśnie komputery były takim momentem. Wtedy naprawdę czuliśmy, że do szkoły wchodzi coś zupełnie nowego. Najpierw sami nauczyciele musieliśmy się tego nauczyć, żeby później uczyć dzieci. Dzisiaj może to brzmieć zabawnie, bo komputer jest czymś zwyczajnym, ale wtedy to była ogromna zmiana.
Jest jednak zmiana znacznie poważniejsza niż komputery. Gdy pan chodził do szkoły w Jedwabnie, było ponad 600 uczniów. Ile jest dzisiaj?
W samej szkole mamy 235 uczniów. Kiedy ja byłem uczniem, wszystkie roczniki miały klasy A, B i C. Dzisiaj skala jest zupełnie inna. I ten proces nie zatrzymał się. Ubywa nam średnio około 10–15 uczniów rocznie. W tej chwili podwójną mamy już właściwie tylko ósmą klasę. Od czwartej do siódmej klasy są pojedyncze. W kolejnym roku prawdopodobnie wszystkie będą pojedyncze. Podobnie dzieje się w przedszkolu. Kiedyś mieliśmy cztery grupy, teraz trzy.
Czy mała szkoła przy takich danych nadal ma rację bytu?
Szkoła jest potrzebna nie tylko dlatego, że prowadzi lekcje. W małej miejscowości pełni znacznie więcej funkcji. To miejsce akademii, uroczystości, spotkań. Często skupia życie społeczności. W dużym mieście ma pan kino, teatr, kilka domów kultury, wiele innych instytucji. W niewielkiej miejscowości szkoła przejmuje część tych ról. Oczywiście demografii nie da się zaklinać. W naszej gminie wszystkie mniejsze szkoły zostały już zlikwidowane. Została jedna. I trudno dziś odpowiedzialnie powiedzieć, jak będzie wyglądała mapa oświaty za 20 czy 30 lat. Wiemy tylko, że dzieci jest coraz mniej.
Czyli scenariusz, w którym za kilkadziesiąt lat powstaną duże szkoły zbiorcze obsługujące kilka gmin, nie jest już science fiction?
Nie chciałbym tego przesądzać. To zależy od bardzo wielu czynników. Ale jeżeli liczba dzieci nadal będzie spadać, szkół siłą rzeczy będzie mniej. Tego nie da się oderwać od demografii. Zawód nauczyciela jest od niej bezpośrednio zależny.
Mówi pan o demografii, ale za tymi liczbami są też decyzje ludzi. Dlaczego rodzi się mniej dzieci?
Zmieniło się życie. Ludzie mają inne plany, inne oczekiwania. Ważne staje się mieszkanie, praca, bezpieczeństwo finansowe, rozwój zawodowy. Nie każdy chce mieć dzieci od razu, nie każdy w ogóle się na nie decyduje. Nie chcę tego oceniać. Po prostu tak wygląda dzisiejszy świat. My w szkole widzimy później jego konsekwencje bardzo konkretnie – w liczbie uczniów.
A kiedy w lutym zamknie pan po raz ostatni drzwi gabinetu dyrektora, co będzie najtrudniejsze?
Pewnie dopiero wtedy się przekonam. Przez tyle lat człowiek przyzwyczaja się do pewnego rytmu: rano szkoła, nauczyciele, uczniowie, problemy do rozwiązania, telefony, dokumenty. Nagle tego nie będzie. Ale myślę, że przychodzi moment, kiedy trzeba umieć powiedzieć: wystarczy.
Ta decyzja nie wynika jednak wyłącznie ze stażu pracy. Jest też bardzo osobisty powód.
Tak. Od trzech lat opiekuję się mamą. Jej stan sprawia, że tej opieki potrzebuje coraz więcej. To również wpłynęło na moją decyzję. Mógłbym czekać do 65. roku życia, ale po co? Jest sytuacja w domu, która wymaga mojej obecności. Praca była dla mnie przez wiele lat bardzo ważna, ale przychodzi moment, kiedy inne rzeczy stają się ważniejsze.
Po czterdziestu latach szkoła musi nauczyć się radzić sobie bez pana, a pan – bez szkoły. Ma pan już plan?
Jestem geografem, więc pewnie będzie trochę podróży. Zawsze lubiłem wycieczki, zwiedzanie Polski i świata. Kiedyś trochę fotografowałem. Na wiele rzeczy brakowało czasu. Może teraz trochę tego czasu odzyskam.
Jest miejsce, do którego chciałby pan pojechać jako pierwsze? Taka podróż „na początek emerytury”?
Jeszcze tego nie zaplanowałem. Coś na pewno się znajdzie. [śmiech] Najpierw trzeba spokojnie zakończyć to, co jest tutaj.
Ponad 50 lat od pierwszego wejścia do tej szkoły jako uczeń. Czterdzieści lat pracy. Trzydzieści jeden lat zarządzania. Da się w jednym zdaniu powiedzieć, co zostaje po takim czasie?
Chyba przede wszystkim ludzie. Przez szkołę przewinęło się kilka pokoleń uczniów. Później spotyka się ich jako dorosłych, niektórych jako rodziców kolejnych uczniów. I wtedy człowiek widzi, że szkoła to nie tylko budynek, program czy kolejne reformy. To ludzie i kawał życia. A po tylu latach chyba dobrze jest odejść z poczuciem, że ten czas nie został zmarnowany...
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

