Cztery miesiące bez wieści. Francuski jeniec ratował się poezją i walczył z… krowami
Gorączka, biegunka, wszy, brak listów i narastająca depresja. We wrześniu 1940 roku Gabriel Noury od czterech miesięcy pozostaje w niemieckiej niewoli i nie wie, co dzieje się z jego bliskimi. Gdy podczas pracy ogarnia go „cafard”, ucieka w poezję. W czternastym odcinku cyklu Tomasza Bojanowskiego wracamy do codzienności francuskiego jeńca – między lękiem o rodzinę, upokorzeniem niewoli a pasieniem krów, które potrafiło zamienić dzień w prawdziwą korridę.
DIEM PERDIDI #14 Od kilku dni jest ładnie i cieplej. Dowiadujemy się, że Ameryka wysłała na wyspy przekazane jej przez Anglię 50 krążowników i liczne samoloty. Świetnie! Ale tego samego dnia przychodzi zła wiadomość: dowiadujemy się, że nie wolno pisać ani otrzymywać listów z terytoriów francuskich okupowanych przez Niemców!
„Cafard” (depresja). W sobotę i niedzielę, 7 i 8 września, wciąż jestem trochę chory: mam gorączkę i biegunkę. 8 września Renault otrzymuje listy z Redon. Ja znów biorę kąpiel. Świetnie!

Tomasz Bojanowski.
10 września gorączka już minęła, ale w brzuchu nadal rewolucje. Wszy znów się pojawiły i prowadzą ofensywę na wielką skalę! Niektórzy znajdują ich na ciele setki, i to sporych rozmiarów. Fuj! Ja jestem uprzywilejowany, mam tylko trzy. Może to dzięki higienie, ale czy to potrwa? Teraz jesteśmy prawdziwymi więźniami!!! To cholernie upokarzające – fakt, że moi szefowie odsunęli ode mnie swoje dziecko, poczułem jak policzek!
Dziś wielkie, przepisowe „odwszawianie”: dezynfekcja, mycie itp. Co za pech z tymi wszami! Kilku kolegów dostało dziś po parę listów. Ja – nic! Dlaczego? Może przyjdą innym razem? To oczekiwanie na jakąkolwiek wiadomość jest tak długie i dobijające.
14 września: Rok wojny! Ach, rany! Ileż straconego czasu! Herr i Frau Sendzik są dla mnie sympatyczni; ich pracownicy – Karl, Heinz i Heta – również. Pożyczają mi spodnie, litując się nad moimi łachmanami. Od kilku dni złośliwy strażnik jest na urlopie. Oby nigdy nie wrócił! Zastępuje go równy gość.
17 września: Mija 4 miesiące, odkąd jestem jeńcem. Ponad 4 miesiące bez wieści! Mimo intensywnej pracy, zmartwień, zmęczenia i lęków, nie ma dnia ani nocy, by moje myśli nie ulatywały do Angers, do tych, których kocham: mojej ukochanej narzeczonej, mamy, braci i siostry, całej rodziny. Co robią? Co się z nimi dzieje? Te pytania bolą i wprawiają mnie w całkowitą rozsypkę. A oni, co wiedzą o mnie? Czy myślą, że nie żyję? Prawdę mówiąc, powinienem był zginąć już co najmniej 10 razy!
Żyję, ale w niewoli. Oni mają nad nami prawo życia i śmierci, a wystarczy do tego byle co. Myśli kłębią się w głowie... Gdy praca zajmuje ręce, umysł trochę się uspokaja, ale gdy człowiek jest bezczynny lub prawie bezczynny – tak jak wtedy, gdy pasłem krowy – wtedy... ogarniał mnie potworny „cafard”. Aby nie pogrążyć się w rozpaczy lub szaleństwie, musiałem resztkami energii znaleźć jakąś odskocznię. Moje myśli musiały gdzieś wędrować. Dlatego uciekłem w poezję i to właśnie pasąc krowy napisałem prawie wszystkie moje wiersze!
A przecież ta „fucha” wcale nie była sielanką! Pastwisko, na którym miały się paść krowy, miało więcej kamieni niż trawy. Dlatego łakomie spoglądały na sąsiednie, bardziej bujne pola: żyto i łubin (znałem tylko niemiecką nazwę: Lupine!). Z trzynastu krów zawsze przynajmniej dwie lub trzy wybierały, jeśli nie wolność, to przynajmniej lepsze żarcie. Niełatwo było je zawrócić, bo w tym czasie cała reszta pędziła w żyto! A ponieważ zabierałem ze sobą mój skromny obiad w małej menażce, którą stawiałem na ziemi (zostawałem tam na cały dzień), często któraś z nich, bez żadnej złośliwości, po prostu mi ją rozdeptywała – i tyle widziałem jedzenie! Ach, te krowy!
A kiedy w południe, w największym upale, chciałem odpocząć wśród nich, gdy grzecznie leżały, zawsze znajdowała się jedna, która nie chciała spać i bawiła się w dźganie rogami, żeby wszystkie wstały! Co za korrida! Dały mi popalić! Ale to już przeszłość!
Źródło: http://clemenceaudupetitmoulin.centerblog.net/6573401-diem-perdidi-14

Przed mleczarnią w Rheinswein. Zdjęcie Gabriela Noury’ego z podpisem: „Chwila relaksu po bieleniu mleczarni. Na podwórzu, przed kotłownią, Gabriel Noury (stoi), Heinz Höpgen* (po lewej), Otto Karacz „Kwiatek” (w środku), Karl Stank (po prawej). *Heinz Höpgen pochodzi z Kolonii (lub okolic). Otto Karacz (lub Karrasch) nazywany „Kwiatek” (fr. la fleur / niem. die Blume), wysłany później na front rosyjski zabity pod Leningradem, 31.08.1942 r.
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

