„Bałem się tego statku”. Marcin Nowociński o Galanie, pieniądzach i pływającej restauracji na Kalwie
- Bardzo się bałem, że statek będzie świecił pustkami - przyznaje Marcin Nowociński. Pierwszy sezon Galany przyniósł jednak Pasymiowi coś więcej niż rejsy po Kalwie. Według wstępnych danych, które burmistrz otrzymał od komunalnej spółki, sprzedaż biletów dała około 160 tys. zł netto. Gmina przeznaczyła na usługę turystyczną 150 tys. zł, choć pełne rozliczenie kosztów pierwszego sezonu nie jest jeszcze gotowe. Tymczasem zainteresowanie Pasymiem przyciągnęło prywatnego inwestora. Nad Kalwą ma powstać nowoczesna pływająca restauracja. - Inwestor zobaczył, że po jeziorze pływa statek i zgłosił się do nas. Dziś mogę powiedzieć, że wszystko zmierza do realizacji tego przedsięwzięcia - mówi burmistrz Pasymia.
Żegluga pasażerska wróciła na jezioro Kalwa w czerwcu, po niemal 80 latach przerwy. Pierwszy rejs zaplanowano na 26 czerwca, a cena normalnego biletu na początku sezonu wynosiła 40 zł. Po kilku miesiącach pytamy burmistrza Pasymia Marcina Nowocińskiego nie o plany, lecz o pierwszy rachunek: czy pomysł się sprawdził, czego samorząd się nauczył i co wydarzy się nad Kalwą w przyszłym roku.
Kiedy rozmawialiśmy przed sezonem, historia sprowadzenia statku była jeszcze opowieścią o pomyśle, szukaniu jednostki i ryzyku. Dziś można zapytać wprost: było warto?
– Zdecydowanie. Patrzę na statek przede wszystkim jako na inwestycję w turystykę i promocję Pasymia, a nie przedsięwzięcie transportowe. Taki był cel od początku. Chodziło o to, żeby wykorzystać jezioro, pokazać miasto z innej strony i dać kolejny powód, żeby do Pasymia przyjechać.
Co najbardziej pana przekonało po tych kilku miesiącach?
– To, jak ludzie przyjęli rejsy. Pasym odzyskał coś, czego nie miał od dziesięcioleci – możliwość oglądania miasta i okolicy od strony jeziora. Sam nie pływałem wiele razy, ale kiedy już popłynąłem, byłem zachwycony. Nagle patrzysz na miasto, linię brzegową i przyrodę z zupełnie innej perspektywy. Nie trzeba mieć własnej łodzi, wodować jej, przygotowywać. Kupujesz bilet, wsiadasz i płyniesz.
Czyli statek nie miał być atrakcją zamkniętą w sobie?
– Właśnie nie. Od początku chciałem, żeby człowiek przypłynął, a później został w Pasymiu. I to było widać. Ludzie schodzili ze statku, szli do miasta, siadali w restauracjach, pili kawę, robili zdjęcia przy ratuszu. Przyjeżdżali na rejs i zostawali na noc albo na dwie. To zaczęło działać jako całość.
Można już powiedzieć, że Galana zwiększyła ruch turystyczny?
– Trudno dzisiaj precyzyjnie oddzielić, ile osób przyjechało wyłącznie przez statek. Ale ruch było widać. My od dawna mamy w gminie bardzo dużo osób posiadających tutaj drugie domy. W sezonie, według naszych szacunków, na terenie gminy potrafi przebywać nawet około 21 tysięcy osób. Oni wcześniej często siedzieli przy swoich domach, nad jeziorem, przy grillu. Teraz wielu z nich wyszło do Pasymia.
Czyli udało się wyciągnąć turystów z domków do miasta?
– Tak. I to jest bardzo ważne. Jeśli właściciel restauracji mówi mi, że przez wiele sezonów nie miał tylu klientów, jeśli w pizzerii trzeba było czasem czekać godzinę na jedzenie, to coś nam to pokazuje. Ludzie czekali na rejs albo z niego wracali i nie jechali od razu do domu. Zostawali.
Statek był tylko jednym elementem?
– Tak. Dołożyliśmy zwiedzanie Pasymia z przewodnikiem. Można było najpierw odkryć Kalwę od strony wody, a później miasto od strony jego historii. Mieszkańcy sami mi mówili: „Mieszkam tutaj 30 lat, a nie wiedziałem o Pasymiu takich rzeczy”. To też pokazuje, że oferta nie była wyłącznie dla turystów.
Do tego dochodzą przystań, kajaki, camper park i wydarzenia nad Kalwą. Chcemy, żeby to nie były pojedyncze atrakcje rozsypane po mieście, tylko jedna oferta. Przyjeżdżasz, masz po co zostać kilka godzin albo kilka dni.
Samorząd prowadzi już inwestycję obejmującą m.in. modernizację przystani, infrastrukturę dla kajaków, sanitariaty, wypożyczalnię i parking dla kamperów.
Przyznał pan przed rozmową, że sam bał się statku. Czego najbardziej?
– Tego, że będzie pusty. Naprawdę się bałem. Wiedziałem, że mieszkańcy mają swoje codzienne potrzeby: drogi, kanalizację, oświetlenie. Dzisiaj też przychodzą do mnie ludzie i mówią, że potrzebują lampy czy drogi. I trzeba to robić.
Ale nie chciałem być burmistrzem, który zajmuje się wyłącznie tym, co już istnieje. Jeśli chce się rozwijać miasto, czasem trzeba zrobić coś, czego wcześniej nie było. I zaryzykować.
Nie obawiał się pan reakcji: „150 tysięcy na statek, a droga czeka”?
– Bardzo. Myślałem: kto będzie chciał tym pływać? Czy ludzie to zrozumieją? Ale mieszkańcy przyjęli pomysł bardzo dobrze. Jestem im za to wdzięczny.
Pasym jest małym miastem. Nie mamy wielu dużych przedsiębiorstw, które zostawiają wysokie podatki. Dlatego musimy wykorzystać to, co mamy. A mamy jezioro, historię, położenie i turystykę. Jeśli turysta przyjedzie, zapłaci za nocleg, zje obiad, pójdzie na kawę, skorzysta z atrakcji, to pieniądze zostają w lokalnej gospodarce.
Przejdźmy więc do pieniędzy. Gmina przeznaczyła na ten projekt 150 tys. zł. Ile wróciło z biletów?
– Dzisiaj mam jeszcze dane wstępne. Według informacji, które dostałem, wartość netto sprzedaży biletów wyniosła ponad 160 tys. zł. Chcę jednak, żeby przed ostatecznym podsumowaniem spółka dokładnie rozliczyła wszystkie koszty.
Czyli nie można powiedzieć: 150 tys. wydaliśmy, 160 tys. zarobiliśmy i statek wyszedł na plus?
– Nie. Tak tego nie można liczyć. Pierwszy rok miał koszty, których w kolejnych sezonach już nie będzie albo będą niższe. Trzeba było statek sprowadzić ze Szczecina, przygotować go, poprawić wyposażenie. Sam dywan kosztował około 4 tys. zł. Ławki były piaskowane i malowane. Do tego dochodzi obsługa, sprzedaż biletów i inne wydatki spółki.
Gmina przekazała spółce 150 tys. zł na usługę turystyczną. Spółka zmieniła zakres działalności, uruchomiła punkt informacji turystycznej i zajmowała się statkiem. Ostateczny bilans podamy, kiedy wszystko zostanie policzone.
Ale już dziś uważa pan, że finansowo pomysł się obronił?
– Widzę, że spółka jest zadowolona. Natomiast dla mnie najważniejsze jest to, że nie możemy patrzeć wyłącznie na bilet. Statek pracował przez cały sezon również na promocję Pasymia.
I tu dochodzimy do drugiej wartości – reklamy.
– Proszę zobaczyć, ile mediów się tym zainteresowało. „Tygodnik Szczytno, Telewizja, Teleexpress, radio, media regionalne i lokalne. Gdybyśmy chcieli kupić taki zasięg w reklamie, musielibyśmy wydać bardzo duże pieniądze. A tutaj media same przyjeżdżały, bo powrót statku po tylu latach był historią.
Dlatego radnym też tłumaczyłem: patrzmy szerzej. Można wydać kilkadziesiąt czy sto tysięcy złotych na jeden koncert, który trwa wieczór. A tutaj za podobną skalę pieniędzy mieliśmy atrakcję działającą przez kilka miesięcy, sprzedaż biletów, turystów i promocję.
Statek przyniósł też coś, czego chyba nie planowaliście – inwestora.
– Tak. I to jest bardzo ważna rzecz. Mogę już powiedzieć publicznie: na jeziorze Kalwa ma powstać pływająca restauracja na wodzie.
Prywatna inwestycja?
– Tak. Prywatny inwestor.
Kto?
– Nazwiska na razie nie zdradzę. Ale widziałem projekt jeśli to zostanie zrealizowane Pasym będzie miał, mogę śmiało to powiedzieć najmodniejszą restaurację w regionie.
Skąd w ogóle taki pomysł?
– Inwestor zobaczył, co zaczęło się dziać w Pasymiu. Kiedy pojawił się statek, zgłosił się do mnie i powiedział, że chce stworzyć coś na Zatoce. Byłem u niego, widziałem wizualizacje. Z tego, co wiem, ma już uzgodnienia z Wodami Polskimi. Gmina wydzierżawiła teren potrzebny do dojścia do jeziora. Prace przygotowawcze są zaawansowane, zleca wykonanie platform.
Czyli to już nie jest luźny pomysł zapisany na kartce?
– Nie. To jest projekt, nad którym inwestor pracuje. Ja trzymałem tę informację właściwie od początku sezonu, ale dzisiaj mogę już powiedzieć, że wszystko zmierza w tym kierunku.
Zdąży na sezon 2027?
– Chciałbym, ale dzisiaj nie chcę obiecywać konkretnej daty za prywatnego inwestora. On pracuje, przygotowuje inwestycję. Jak będzie gotowy harmonogram, będzie można powiedzieć więcej.
Czy pana zdaniem Galana uruchomiła ten proces?
– Inwestor zgłosił się właśnie wtedy, kiedy zobaczył statek i kierunek, w którym idziemy. To pokazuje, że jedna inwestycja może pociągnąć następną. Jeśli prywatny przedsiębiorca widzi ruch i widzi sens inwestowania nad Kalwą, to dla mnie jest bardzo dobry sygnał. Trochę jak w Wielbarku. Tam pojawiła się IKEA za nią inne firmy. Tam postawiono na gospodarkę. My po drugiej stronie powiatu stawiamy odważnie na turystykę.
Pierwszy sezon pokazał też rzeczy, które nie działały. Najbardziej – rezerwacje.
– Tu muszę powiedzieć wprost: było trochę chaosu. Telefon działał do określonej godziny, ludzie rezerwowali miejsca, inni przychodzili kupić bilety na miejscu. Zdarzało się, że ktoś miał rezerwację, ktoś inny chciał wejść, nie było jasności, ile miejsc zostało.
Dlatego w przyszłym roku chcemy uruchomić system rezerwacji i płatności online.
Jak w kinie?
– Dokładnie. Wchodzisz przez aplikację, widzisz rejs, sprawdzasz wolne miejsca, wybierasz, płacisz i masz bilet. Bez telefonowania i zastanawiania się, czy jeszcze można wejść.
Zmieni się też trasa?
– Chcemy mieć dwie. Zostanie dotychczasowy rejs w kierunku Ośrodka Kalwa, ale przy drugim kursie chcemy wpływać w Zatokę. Dzięki temu nawet ktoś, kto już płynął, dostanie powód, żeby wejść na statek ponownie.
Co jeszcze na liście poprawek?
– Myślimy o toalecie chemicznej na statku. Chcemy też wydłużyć sezon. Odezwały się szkoły zainteresowane rejsami, ale we wrześniu początek roku szkolnego jest trudnym terminem. Za to czerwiec, po wystawieniu ocen, jest dla takich wycieczek bardzo dobry.
Pierwszy sezon pozwolił zobaczyć, czego ludzie potrzebują. Teraz mamy jesień i zimę, żeby to poprawić.
Będzie więcej komercyjnego wynajmu?
– Tak. Chcemy mocniej wykorzystać statek również w ten sposób.
Pierwsza próba już była – ślub na Kalwie.
– Tak. Pierwszy i na razie jedyny.
Jak udziela się ślubu na statku?
– Zupełnie inaczej niż w urzędzie. Stoisz na wodzie, wokół jest jezioro, krajobraz. Dla mnie też było to przeżycie. Pomyślałem, że dla tych ludzi jedna z najważniejszych decyzji w życiu będzie już zawsze związana z tym statkiem i z Kalwą. To ma swoją symbolikę. Wpisali się też w karty historii naszego miasta.
Mam nadzieję, że w kolejnych latach takich wydarzeń będzie więcej.
Nie wszystko podczas pierwszego sezonu przebiegało jednak zgodnie z początkowym planem. Była choćby kwestia przystanku w Michałkach.
– I tu trzeba powiedzieć jasno: najważniejsze jest bezpieczeństwo. O tym, gdzie statek może bezpiecznie cumować, nie decyduje burmistrz. Odpowiada za to kapitan, obowiązują też przepisy i wymagania żeglugi śródlądowej.
Jeżeli kapitan uznaje, że przy konkretnym pomoście, przy określonych warunkach, cumowanie może stworzyć zagrożenie, to nie można tego robić tylko dlatego, że wcześniej taki punkt znalazł się w planach. Pierwszy rok właśnie po to też był, żeby takie rzeczy zweryfikować.
Gdzie Galana spędzi zimę?
– Na Kalwie. To metalowa jednostka i nie musimy wyciągać jej na ląd. Statek zostanie przycumowany. Natomiast wyposażenie zdejmiemy. Ławki, lodówki, dywany i pozostałe rzeczy zostaną zabezpieczone i przewiezione do hangarów spółki.
Na początku rozmowy powiedział pan, że bardzo się bał tej inwestycji. A dzisiaj?
– Dzisiaj mogę powiedzieć, że sprowadzenie statku do Pasymia było bardzo dobrą decyzją. Ale nie dlatego, że mamy statek dla samego statku.
On uruchomił coś większego. Ludzie przyjeżdżają, płyną, później idą do miasta. Korzystają z gastronomii, nocują, zwiedzają. Zainteresowały się nami media. Pojawił się prywatny inwestor. W przyszłym roku chcemy dołożyć kolejną trasę, system rezerwacji, ofertę dla szkół.
Ja od początku chciałem, żeby turystyka nie była w Pasymiu przypadkiem. Żeby tworzyła system.
Czyli zamiast jednej atrakcji – kierunek rozwoju?
– Dokładnie. Bo małego miasta nie można rozwijać wyłącznie przez administrowanie tym, co już ma. Trzeba wykorzystać jego potencjał.
Pasym ma Kalwę. I wreszcie zaczęliśmy z niej korzystać.
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

