Tygodnik Szczytno

Sobota, 12 Wrzesień
Imieniny: Dagny, Jacka, Prota

Reklama

Reklama

„Ranczo” się kończy, ale Wilkowyje nie znikają. Jerzy Niemczuk o pożegnaniu z serialem i jego fanami

Dwadzieścia tysięcy ludzi na ściernisku, autografy składane na butelkach „Mamrota”, aktorzy wołani imionami swoich bohaterów i scenarzysta, którego część fanów bierze za reżysera. Jerzy Niemczuk wraca do Jeruzala i pożegnalnego bankietu „Rancza”, opisując z humorem coś więcej niż koniec zdjęć. To opowieść o serialu, który wyrósł poza ekran i zaczął żyć własnym życiem.

  • „Ranczo” się kończy, ale Wilkowyje nie znikają. Jerzy Niemczuk o pożegnaniu z serialem i jego fanami.
  • Data:

O pożegnaniu z „Ranczem”.
Że w Jeruzalu, gdzie byłem gościem na zlocie fanów „Rancza”, atmosfera była gorąca, to mało powiedziane. Siedzieliśmy pod namiotem z Tomaszem Saprykiem, a przed nami na ściernisku przewalał się wielotysięczny tłum. Podobno było tego około dwudziestu tysięcy. Zaczynali lata temu jako oddolny ruch poparcia dla serialu i trzeba przyznać, że ich presja na kontynuację była ważnym faktorem dla tego projektu. 


Pod stopami mieliśmy wypalone przez słońce i zdeptane rżysko, przez czym ostrzegali organizatorzy i radzili gorsze buty wdziać na tę okazję. 


Pierwsze zjazdy były kameralne a ten przekroczył wszelkie oczekiwania, mimo że tego dnia upał był subsaharyjski. Jeden z uczestników przejechał w dwa dni rowerem prawie dwieście kilometrów, co zapewne jest rekordem tego zdarzenia. 


Ja sam po tym evencie, po raz pierwszy, odkąd sięgam pamięcią, padłem w moim warszawskim mieszkaniu i zasnąłem o ósmej. 


Tomasz składał autografy na byle czym z imponującą cierpliwością, zszokowany, że on, grający w serialu epizodyczną rolę Myćki, cieszy się takim wzięciem. Podpisywał na kartkach, koszulkach, na pudełkach, deskach, butelkach „Mamrota”. Tylko na ciele odmawiał. Ja z rzadka na swoich książkach, które zabrałem ze sobą licząc, że jako fant fanom się zdadzą, ale się przeliczyłem. Autografy nawet ode mnie chętnie brali, ale nie książki. 
Oglądanie obrazków jest powszechniejsze od czytania dłuższych tekstów, a i krótkie są wypierane przez jeszcze krótsze memy.  Lektura książek w najbliższych latach może  stać się ekskluzywną fanaberią. 


Reklama


Miłośnicy serialu na mój widok pytali, kto to jest ten starszy, siwy pan. Choć ci najbardziej wtajemniczeni pamiętają o istnieniu scenarzystów, co mi gromadnie wypomnieli, kiedy o tym wspomniałem w mediach społecznościowych. Że nawet jak nie mieli pewności, to się dowiadywali. 


Zagorzali fani zwracają się do aktorów ich serialowymi imionami, prawdziwych niepomni, a i te mylą. Co zrobić? Wiadomo, że nazwiska pierwsze zapadają w niepamięć. Zaznawać sławy pod nazwiskiem postaci, którą się kiedyś grało, to dla aktora niezbyt komfortowa sytuacja. Scenarzystę natomiast mylą ze scenografem albo nawet z reżyserem. 


Nawet moją wnuczkę to kiedyś spotkało, kiedy podwoziła sąsiadkę z naszej wsi do Szczytna.
- Ja to mam szczęście, wczoraj mnie reżyser „Rancza” zabrał, a dzisiaj się pani trafiła.
- To mój dziadek – zauważyła oschle Misia – i nie reżyser, tylko scenarzysta. 


Z Wojtkiem Wysockim znamy się od pół wieku, a jeszcze i moje wnuczki i jego córka, Rozalka, chodziły do jednej szkoły, a nie mamy dotąd wspólnej foty, co obaj w ubolewaniem zauważyliśmy przy okazji mojego zdjęcia z Saprykiem, które zamieściłem na FB. Miałem nadzieję, że za kilka dni będzie okazja na pożegnalnym bankiecie po zdjęciach do ostatniego sezonu. Zapytałem go, czy wciąż się u niego próbują leczyć. Potwierdził. Udzieliłem mu skutecznej porady medycznej, którą stosuje znajoma lekarka. Kiedy ją pacjentki nagabują na ulicy, proponuje, żeby się rozebrały. Tym sposobem radzi sobie skutecznie z dolegliwościami ze strony pacjentek.

Reklama


Na pożegnalnym bankiecie po zdjęciach do ostatniego i krótkiego sezonu „Rancza”, w którym razem z Ewką wzięliśmy drobny udział jako statyści w Królikarni bez Królika - tak nazywaliśmy Pawła Królikowskiego. Warszawska Królikarnia udawała paryską galerię, a my udawaliśmy francuskich artystów w kapeluszach marki Le Szapo z Krakowa. 


Spotkaliśmy się w przytulnej restauracji „Mokolove” na Różanej. Cała ekipa „Rancza” bardzo ciepło mnie przywitała po latach, nie tylko starzy znajomi, ale też nowi wykonawcy i filmowcy, których wcześniej nie zdążyłem poznać. Wojtka Wysockiego spotkałem jeszcze na ulicy. Szliśmy gadając i prawie przeoczyliśmy restaurację a wspólną fotografię zrobiliśmy w ostatniej chwili. 
Jerzy Niemczuk

 



Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

Więcej materiałów podczas przewijania.

Reklama