„Kultura nie zaczyna się od instytucji. Zaczyna się od ludzi”. Klaudiusz Woźniak zaprasza na „Z potrzeby serca”
Jak odbudować życie kulturalne miasta, które po wojnie trzeba było właściwie tworzyć od nowa? W sobotę, 3 października, Muzeum Mazurskie w Szczytnie pokaże dokument „Z potrzeby serca”. To opowieść o ludziach, którzy po 1945 roku przyjechali do zniszczonego Olsztyna z Wileńszczyzny, Kowna i Lwowa i zaczęli budować teatr, zespoły, sceny oraz środowisko artystyczne. O filmie, pamięci i tym, dlaczego takie historie nadal warto oglądać, rozmawiamy z Klaudiuszem Woźniakiem, kierownikiem Muzeum Mazurskiego w Szczytnie.
To już VI Mazurskie Spotkanie z Filmem Dokumentalnym. Dlaczego tym razem „Z potrzeby serca”?
– Bo to film o czymś więcej niż historii kilku instytucji. Pokazuje moment, w którym po wojnie ludzie trafili do miasta zniszczonego i obcego, a mimo to zaczęli organizować życie od nowa. Nie tylko mieszkania, pracę czy administrację. Także kulturę. I właśnie to jest w tej historii najmocniejsze.
Czyli tytuł filmu nie jest przypadkowy?
– Nie. Te inicjatywy rzeczywiście rodziły się „z potrzeby serca”. Ludzie przyjechali z Wileńszczyzny, Kowna, Lwowa. Przywieźli własne doświadczenia, pamięć, język, tradycję. I bardzo szybko zaczęli tworzyć miejsca, w których mogli się spotkać, występować, śpiewać, grać. Kultura pomagała im oswoić nowe miejsce.
Film pokazuje Olsztyn. Dlaczego warto oglądać go w Szczytnie?
– Bo ta historia nie zamyka się w granicach jednego miasta. Olsztyn był po wojnie centrum administracyjnym i kulturalnym regionu, ale podobne procesy zachodziły w całych Warmii i Mazurach. Ludzie przyjeżdżali, zaczynali od nowa, tworzyli szkoły, domy kultury, zespoły, teatry, biblioteki. Ten film pozwala spojrzeć na początki życia kulturalnego regionu przez historie konkretnych osób.
Jakie instytucje i środowiska zobaczymy w filmie?
– Pojawia się Teatr Dramatyczny, amatorski Teatr WARMIACZEK, Zespół Pieśni i Tańca OLSZTYN, Olsztyński Teatr Lalek, a także harcerskie zespoły KRUSYNA i ARABESKA. To nie jest jednak katalog nazw. Za każdą z nich stoją ludzie, którzy po wojnie uznali, że samo przetrwanie nie wystarczy. Potrzebowali również miejsca dla muzyki, teatru, tańca i wspólnoty.
Dokument korzysta z archiwaliów i wspomnień. To właśnie one budują jego siłę?
– Tak. Archiwalne zdjęcia czy materiały filmowe są ważne, ale dopiero głosy ludzi nadają im znaczenie. Widzimy nie tylko budynki czy zespoły. Dowiadujemy się, kto je tworzył, dlaczego to robił i co to dla niego znaczyło. Dzięki temu historia przestaje być datą w kalendarzu.
Czy ten film jest przede wszystkim dla osób interesujących się historią?
– Zdecydowanie nie tylko. Oczywiście miłośnicy historii regionu znajdą tu dużo dla siebie, ale film opowiada również o potrzebie wspólnoty, o zaczynaniu od początku, o tworzeniu czegoś bez wielkich środków. To są tematy, które się nie starzeją.
Dziś często mówimy o kulturze przez pryzmat budżetów, projektów, dotacji. Tamci ludzie zaczynali w zupełnie innych warunkach.
– I właśnie dlatego ta opowieść robi wrażenie. Nie mieli gotowych struktur. Najpierw była potrzeba działania. Potem pojawiali się ludzie, którzy chcieli poświęcić czas i energię, a dopiero z tego wyrastały instytucje.
Czyli najpierw człowiek, potem instytucja?
– W dużej mierze tak. Kultura nie zaczyna się od szyldu na budynku. Zaczyna się od ludzi, którzy chcą coś zrobić razem. Ten film bardzo dobrze to pokazuje.
Co pana osobiście najbardziej interesuje w tej historii?
– To, jak szybko po wojnie ludzie zaczęli myśleć nie tylko o sprawach podstawowych. Miasto było zniszczone, trzeba było organizować codzienne życie, a mimo to znalazła się przestrzeń na teatr, taniec, muzykę. To pokazuje, że kultura nie jest dodatkiem, który pojawia się dopiero wtedy, kiedy wszystko inne już działa.
Można powiedzieć, że była jednym ze sposobów budowania nowej tożsamości?
– Myślę, że film właśnie do takiego wniosku prowadzi. Ludzie przyjeżdżali z różnych stron i musieli znaleźć wspólny język. Kultura pomagała im tworzyć więź z miejscem i z innymi ludźmi.
W filmie pojawiają się także wspomnienia osób, które znały twórców powojennego życia kulturalnego. Dlaczego takie świadectwa są dziś tak ważne?
– Bo pamięć osobista znika razem z ludźmi. Dokument może ją zatrzymać. Jeśli ktoś opowiada o człowieku, którego znał, o próbie teatralnej, pierwszym występie, atmosferze tamtych lat, dostajemy coś, czego nie znajdziemy w urzędowym dokumencie.
To również sens całego cyklu Mazurskich Spotkań z Filmem Dokumentalnym?
– Tak. Chcemy pokazywać dokument nie tylko jako film, ale jako punkt wyjścia do rozmowy o historii, pamięci i regionie. To już szóste takie spotkanie. Zależy nam, żeby muzeum było miejscem, w którym historię nie tylko ogląda się w gablocie, ale też słucha, ogląda na ekranie i o niej rozmawia.
Film trwa 53 minuty. To propozycja na sobotnie popołudnie raczej dla każdego niż dla wąskiego grona badaczy?
– Zdecydowanie. To nie jest wykład naukowy. Dokument ma rytm, ludzi, obrazy, wspomnienia. Można przyjść bez przygotowania i po prostu wejść w tę historię.
Kiedy dokładnie spotykamy się w muzeum?
– W sobotę, 3 października o godz. 16.00 w Muzeum Mazurskim w Szczytnie. Zapraszamy wszystkich zainteresowanych historią regionu, kulturą, filmem dokumentalnym, ale też tych, którzy chcą zobaczyć, jak rodziło się życie kulturalne Warmii i Mazur po 1945 roku.
Gdyby miał pan zachęcić do przyjścia jednym zdaniem?
– Warto zobaczyć, jak dużo można zbudować wtedy, gdy ludzie mają niewiele, ale mają pomysł, determinację i właśnie tę tytułową potrzebę serca.
Film „Z potrzeby serca” wyreżyserowała Wanda Laddy,
autorem scenariusza jest Andrzej Wojnach.
Produkcję przygotował Gradendoyl, a koproducentami są Warmińsko-Mazurski Fundusz Filmowy, Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie, Instytut Północny im. Wojciecha Kętrzyńskiego w Olsztynie oraz Muzeum Warmii i Mazur w Olsztynie. Projekcja odbędzie się 3 października o godz. 16.00 w ramach VI Mazurskiego Spotkania z Filmem Dokumentalnym.

Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

