„Kiedyś grzyby ratowały domowe budżety”. Jerzy Szczepanek o Wielbarku, pracy i smaku, którego nauczył się od rodziny z Litwy
Ponad 60 proc. gminy zajmują lasy, ale Wielbark nie zawsze urządzał Grzybowanie dla zabawy. W latach 90. zbieranie grzybów dawało mieszkańcom pieniądze na opał i codzienne wydatki. Dziś burmistrz Jerzy Szczepanek mówi o bezrobociu na poziomie około 6,5 proc., gospodarczym zwrocie gminy i zmianie jej wizerunku. Prywatnie przyznaje, że na grzyby już nie chodzi, bo wybiera spacery z psami, zupy gotuje żona, a za jeden przysmak dałby się namówić na dłuższą rozmowę: kiszone zielonki z cebulą i majonezem.
XVII Wielbarski Festiwal Grzybów. Dlaczego właściwie Wielbark postawił właśnie na grzyby?
Ponad 60 proc. powierzchni naszej gminy stanowią lasy. Ale kiedyś grzyby miały zupełnie inne znaczenie niż dzisiaj. W czasach transformacji, w latach 90. i na początku lat 2000., przy dużym bezrobociu były dla części mieszkańców dodatkowym źródłem dochodu. Można było sezonowo podreperować domowy budżet, odłożyć pieniądze na opał czy inne potrzeby przed zimą. Dzisiaj to już bardziej hobby i tradycja.
Czyli Grzybowanie wyrosło nie z pomysłu na festyn, ale z codziennego życia mieszkańców?
Dokładnie. Ta tradycja ma swoje źródło w tym, czym ludzie tutaj żyli. Las był obok i dawał możliwość dodatkowego zarobku. Z czasem sytuacja się zmieniła, a grzyby zostały. Tyle że już w innej roli.
„NIE MAMY JEZIOR. MAMY LASY”
Wielbark jest na Mazurach, ale nie ma jezior, na których wiele gmin buduje swoją turystykę. To wymusiło szukanie własnego pomysłu?
Mamy rzekę, ale rzeczywiście nie mamy takiej typowej turystyki związanej z jeziorami. Postawiliśmy przede wszystkim na rozwój gospodarczy. Jednocześnie mamy swoje tradycje – wydarzenie związane z chlebem, mamy Grzybowanie. Chleb jest przecież czymś podstawowym. Ważne, żeby nikomu go nie zabrakło.
A skoro Grzybowanie, to musi być pytanie o smak. Co burmistrz Wielbarka wybiera z grzybowego menu?
Uwielbiam zupę z borowików, lubię kurkową, ale najbardziej zupę z zielonek. Bardzo lubię też zielonki kiszone.
Kto gotuje burmistrzowi takie rzeczy?
Małżonka. (śmiech)
A kiszone zielonki to rodzinny przepis?
Nie. Kisić zielonki nauczyłem się od kolegi, którego rodzice pochodzili z Litwy. I jeśli będę miał, to zapraszam. Dla mnie nie ma nic lepszego niż kiszone zielonki z majonezem i cebulą.
Podczas Grzybowania można było spróbować zupy bez zaproszenia do domu burmistrza.
Przygotowaliśmy około 500 porcji zupy grzybowej. Rozdajemy ją za darmo.
BURMISTRZ CHODZI NA GRZYBY?
Skoro ponad połowa gminy to las, burmistrz Wielbarka sam chodzi z koszykiem?
Teraz nie mam czasu. Chodzę z pieskami i czasami coś znajdę.
A zanim został pan burmistrzem?
Mieszkałem w Lesinach Wielkich. To była kiedyś miejscowość nawet bardziej kojarzona z grzybami niż Wielbark. Pamiętam opowieści, że w latach 70. w weekendy przyjeżdżało tam po kilka autobusów z Ostrołęki. Ludzie jechali właśnie na grzyby.
Dziś też rejestracje z Warszawy czy Mazowsza w lasach wokół Wielbarka nikogo nie dziwią. Udało się zrobić z grzybów magnes?
Ludzi rzeczywiście przyjeżdża dużo. Natomiast nie potrafię powiedzieć, ilu z nich zostaje na noc. I tutaj mamy słaby punkt.
PRZYJEŻDŻAJĄ NA GRZYBY, ALE GDZIE MAJĄ SPAĆ?
Jaki?
Bazę noclegową w samym Wielbarku mamy ubogą. Są pojedyncze możliwości noclegu, ale nie jest to duża baza. Możliwe, że osoby, które chcą zostać dłużej, korzystają z noclegów w innych miejscowościach, na przykład w Szczytnie, Jedwabnie czy Warchałach.
Czyli Wielbark potrafi przyciągnąć człowieka do lasu, ale niekoniecznie zatrzymać go do następnego dnia?
To jest obszar, w którym mamy jeszcze możliwości rozwoju.
„KIEDYŚ WIELBARK KOJARZYŁ SIĘ Z PRZESTĘPCZOŚCIĄ”
Cofnijmy się do lat 90. Wielbark miał wtedy zupełnie inną opinię. Kradzieże samochodów, przestępczość, wysokie bezrobocie. Kiedy dzisiaj mówi pan w Polsce „Wielbark”, z czym ludzie kojarzą gminę?
Myślę, że przede wszystkim z rozwojem gospodarczym. Bezrobocie w ubiegłym roku oscylowało u nas wokół 6,5 proc.
Sam nazwał pan taki poziom „zdrowym bezrobociem”.
Tak. Jeżeli bezrobocie jest zbyt niskie, to też może mieć wpływ na rynek i jakość pracy. Ale dla Wielbarka najważniejsza jest zmiana, która nastąpiła przez te lata.
Uważa pan, że praca zmieniła również bezpieczeństwo?
Tak. Problem przestępczości w dużej mierze sam się rozwiązał. Praca jest podstawą bezpieczeństwa socjalnego. Kiedy jej nie było, problemy były znacznie większe.
Z GRZYBAMI TEŻ JEST PROBLEM
Tylko że skoro Grzybowanie jest już siedemnaste, pojawia się pytanie: czy za kolejne 17 lat będzie jeszcze co zbierać?
Grzybów jest coraz mniej. Moim zdaniem mogą być dwie przyczyny. Pierwsza to zmiany klimatu. Druga to sposób prowadzenia wycinki lasów.
Mówi pan o harwesterach?
Tak. Mam wrażenie, że intensywna wycinka z wykorzystaniem tych maszyn niszczy ściółkę. Kiedyś prace wykonywano inaczej, wykorzystywano konie i ingerencja w runo leśne była mniejsza. W ubiegłym roku narzekaliśmy na suszę. W tym padało więcej, więc liczyliśmy, że grzybów będzie więcej. Z tego, co słyszę, na razie najwięcej jest kurek.
SZEŚCIOCYFROWA KWOTA NA GRZYBOWANIE
XVII Grzybowanie to już spora impreza. Ile udało się zebrać od sponsorów?
Kwota jest sześciocyfrowa. Bardzo dziękuję sponsorom za wsparcie i mam nadzieję, że w przyszłym roku uda się utrzymać je na podobnym poziomie.
Co więc zostało z Wielbarka lat 90.?
Historia. Grzyby kiedyś pomagały ludziom przetrwać trudniejszy czas. Dziś przyjeżdżają po nie ludzie z zewnątrz, a Grzybowanie stało się tradycją. Wielbark zmienił się przede wszystkim dzięki pracy i gospodarce.
A gdyby po tej rozmowie miał pan wybrać: borowik, kurka czy zielonka?
Zielonka. Najlepiej kiszona, z majonezem i cebulą.
Komentarze i materiały powiązane pojawią się poniżej.

